W czasie epidemii

W czasie epidemii

W tym czasie epidemii wielu zastanawia się, co ta epidemia zmieniła i zmieni w przyszłości w życiu świata. Ja zadaję sobie pytani: Co zmieniła w przeżywaniu mojego, naszego powołania VDB?

Odpowiedź na to pytanie muszę umiejscowić w kontekście pytania: Co epidemia zmieniła w życiu Kościoła i świata?

Otóż najpierw: to nie epidemia nas zmienia, lecz Pan Bóg. On nas oczyszcza i kształtuje. On przenosi nasze zainteresowanie z zewnętrznych struktur i dotychczasowych schematów na to co wewnętrzne, a więc najważniejsze. Jakie znaczenie bowiem miałyby nasze regularne spotkania, ułożone i sztywno przestrzegane programy, gdyby teraz, w czasie kryzysu brakło wiary, modlitwy, autentycznej jedności z Bogiem, codziennego odczytywania sensu tego, co się dzieje w świetle Słowa Bożego? Pan Bóg powołał nas do życia Ewangelią w świecie, w takim świecie, jaki jest nam dany tu i teraz. Pozostaje pytanie: Czy żyję swoim powołaniem także teraz, gdy kontakty miedzy nami są ograniczone do telefonów i internetu? Jak żyję swoim powołaniem tu i teraz? Czy moje oddanie się Jezusowi jest coraz głębsze? Czy swoją ewangelizacyjną misję spełniam z coraz większą gorliwością? Czy jestem kreatywna w oddziaływaniu ewangelizacyjnym, dostosowując się do takich warunków i możliwości, w jakich stawia mnie Pan Bóg dziś?

Co Pan Bóg coś wymusił w tym konsumpcyjnym bogatym świecie? Następuje zmiana stylu życia. Swobodny dostęp do wszystkiego, dowolne wyjazdy gdzie tylko dusza zapragnie, wydawanie pieniędzy na rzeczy zbędne, marnowanie jedzenia, pogoń za nowościami technicznymi, modą, kosztownymi rozrywkami… Następuje zmiana stylu życia na… nasz styl. Nasz ewangeliczny styl. My przecież żyjemy, a przynajmniej dążymy do życia skromnego, ubogiego, nie wydajemy pieniędzy na rzeczy i wyjazdy zbędne, większe wydatki konsultujemy z Odpowiedzialną, dzielimy się z potrzebującymi, wspieramy misje, ubogich i potrzebujących… Widzę, że w czasie epidemii moje powołanie na nowo pokazuje swój sens!

A teraz zwróćmy uwagę na Kościół. W Polsce kościoły były pełne, a już z pewnością w czasie świąt Wielkanocnych. Księża przemawiali do „mas ludzkich”, wszelakie uroczystości to zawsze dużo więcej ludzi niż w zwykły dzień. W niektórych kościołach przed I Komunią rozdawane były karty wstępu tylko dla najbliższej rodziny. Czuło się nutę rozczarowania, że w zwykły dzień, to do kościoła przychodzą przeważnie kobiety, głównie starsze babcie. Wszelakie „akcje”, rekolekcje, spotkania z młodzieżą, spotkania z charyzmatycznymi duchownymi, zawsze są obliczone na tłumy. W czasie epidemii Kościół już nie pracuje z „masami ludzkimi”, z konieczności przechodzi na pracę indywidualną i osobisty kontakt. Brak publicznych spotkań zmusza nawet papieża, a następnie biskupów i kapłanów do podejmowania apostolstwa przez osobiste kontakty. Teraz niektórzy proboszczowie zachęcają, by dzieci przystępowały do I Komunii pojedynczo, na poszczególnych Mszach, w obecności tylko najbliższej rodziny. Indywidualny kontakt księdza z danym dzieckiem i jego rodziną, kameralna Eucharystia, z pewnością będzie dla wszystkich wielkim i niezapomnianym przeżyciem.

Ileż to razy, rozmawiając z osobami zainteresowanymi naszym powołaniem VDB, słyszałam pytanie: Jak wy działacie? Co wy właściwie robicie? Odpowiedź, że nie prowadzimy wspólnych dzieł, że apostołujemy w pojedynkę, jakże często spotykała się z rozczarowaniem. A teraz ludzie Kościoła zaczynają odkrywać, że ewangelizacja, apostolstwo, to kontakt człowieka z człowiekiem, w pojedynkę. I że dostosowanie się do tej konkretnej osoby, jest tą jedyną możliwą i na dziś najlepszą metodą pracy duszpasterskiej. Jakże to jest bliskie naszemu powołaniu! To jest nasza metoda, to jest nasz apostolski styl! W pojedynkę. Najpierw sumienne wykonanie swojej pracy zawodowej, bo przez nią służymy innym ludziom. Obojętnie w jakiej branży zawodowej, każda praca ma ewangeliczny sens. Wyczulenie na potrzeby pojedynczych osób w środowisku pracy, zamieszkania, w rodzinie. Każda sytuacja, każda osoba jest inna, trzeba się wciąż dostosowywać. Wszędzie gdzie jesteśmy, swoim uśmiechem, przystępnością, zainteresowaniem potrzebami i chętną odpowiedzią na nie, dajemy świadectwo chrześcijańskiego życia. Jeśli zdarzy się okazja, by komuś zwrócić uwagę na Boga, na wartości wieczne, to serce pęka nam z radości. Apostolstwo w pojedynkę, to nasze powołanie, to nasz styl! Kocham Kościół z jego uroczystościami, pragnę, by w nich uczestniczyło jak najwięcej ludzi. Ale kocham też swoje powołanie i w okresie epidemicznego ograniczenia jeszcze wyraźniej widzę i doceniam jego wartość i aktualność. My przecież z zasady i NA CO DZIEŃ dajemy świadectwo przeważnie pojedynczym osobom.

„My, Ochotniczki, (…) żyjemy naszą konsekracją w świeckości, rozumianej jako droga doskonałości chrześcijańskiej i jako sposób apostołowania.” (K 12)

Nasz Instytut i my, Ochotniczki, nie jesteśmy powołane dla siebie samych, lecz dla świata. Tak jak cały Kościół. Cała nasza organizacja, wszystkie wypracowane struktury, są bardzo dobre, ale nie są celem samym w sobie. Naszym celem jest ewangelizacja świata (K 3). Wszystkie nasze spotkania, dni skupienia, rekolekcje muszą temu służyć. A czas epidemicznego zawieszenia struktur, jest czasem sprawdzianu, na ile już zasymilowałyśmy to wszystko, co przez lata było nam wpajane. Na ile żyjemy naszą duchowością tu i teraz. Na ile służymy ludziom wokół nas. Na ile jesteśmy kreatywne w naszych obecnych inicjatywach. Ksiądz zamknięty w swoim pokoju i odizolowany od swoich parafian, Ochotniczka z obawy przed wirusem zamknięta w czterech ścianach swego pokoju, bez kontaktu ze „światem”, nie interesująca się potrzebami swego otoczenia, byliby zaprzeczeniem swego powołania. Nie wiemy, czy dożyjemy jutra, którym się niekiedy tak martwimy, my mamy być miłosierne „tu i teraz”.

Dziś, po rannej Mszy św., niespodziewanie uklękła tuż za mną chora psychicznie starsza kobieta. Nie miała maseczki, a odległość między naszymi twarzami była ok. pół metra. Poprosiłam, by się oddaliła, ale nie zareagowała, więc ja się przesiadłam dalej. Przez jakiś czas byłam zaniepokojona. A co jeśli jest zarażona i przeniosła na mnie wirusa? Refleksja wiary przyszła później: A co, jeśli zachoruję? A może Pan Bóg chce, bym doświadczyła losu tylu zarażonych na koronowirusa? A może Pan Bóg chce, bym umarła na tę chorobę? Dlaczego nie? W końcu WSZYSCY kiedyś na coś zachorujemy i umrzemy. A przecież, po drugiej stronie, czeka na mnie mój Ukochany Pan Jezus, który przygotował mi szczęście wieczne. Czego właściwie się obawiam? Obudziła się moja wiara, przyszedł spokój. Jezu, ufam Tobie, znaczy również: przyjmuję każdy rodzaj śmierci, jaki Panu Bogu podoba się na mnie zesłać. Ale teraz, gdy jestem jeszcze zdrowa, z całego serca chcę Ci służyć w moich potrzebujących bliźnich.

Maria

22 kwietnia 2020