Świadectwa

Moja salezjańskość

Moja salezjańskość

Jak żyję moją salezjańskością? Żeby odpowiedzieć na to pytanie muszę porównać się z ks. Bosko. Jak on się odnosił do otoczenia, w którym żył, do osób, które spotykał, do problemów swego czasu: polityka, ekonomia, Kościół, rodzina, młodzież, rodziny, chorzy, praca, emigranci, sytuacje wykorzystywania, modlitwa…? Jak odnosił się do problemów, które codziennie przynosiło mu życie? Jak reagował na trudności powodowane przez samych „ludzi Kościoła”, polityków i nie tylko? Jak odpowiedział na potrzebę współpracy i realnej pomocy, z jaką zwrócił się do niego Papież?

Tak w głębi serca wydaje mi się, że dziś ks. Bosko jest bardziej aktualny niż kiedykolwiek i w obliczu wszystkich próśb o pomoc, wysyłanych z różnych części świata, odpowiedź jaką instynktownie chciałabym dać, jest taka sama, jaką dało tak wielu młodych ludzi w jego czasach: „Księże Bosko, chcę zostać z tobą!”. Chcę pomóc ci w twojej misji, chcę jak ty żyć oddając całą siebie dla ludzi młodych, szczególnie tych najuboższych. Służyć Kościołowi powszechnemu, kochając i troszcząc się o tę cząstkę ludzkości, która jest najcenniejsza w oczach Boga.

Życie duchowością salezjańską staje się zatem stylem życia, sposobem reagowania, myślenia, kochania. Staje się sposobem na stawianie czoła życiu wychodząc od konkretnego założenia: Zmartwychwstanie Jezusa otworzyło nam drzwi do Życia. Nic więc nie może nas „zabić”, wszystko napełnia nas Nadzieją. Na wszystko jest lekarstwo, nawet w sytuacji poważnych trudności ponieważ Bóg Ojciec nie opuszcza swoich dzieci. Zmartwychwstanie Jezusa sprawia, że patrzymy na ludzi innymi oczami, właśnie tak, jak patrzył na nas Jezus: ukochane dzieci Boże, stworzone na Jego obraz, a więc dobre, nawet jeśli ten obraz jest czasem zamazany przez grzech.

Również młodzi w pełni wyrażają zmartwychwstanie, ponieważ otwierają się na życie; ich życie całe jest odkrywaniem, zdobywaniem. Dla młodych wszystko jest nowe, wszystko jest piękne, są pełni entuzjazmu, chęci działania, pełni nadziei, marzeń, ufają przyszłości stojącej przed nimi. Z ufnością powierzają się młodym, szukając wśród nich wzorów. Właśnie ze względu na tę ufność stają się czasem ofiarami zła…

A więc, jak ja, Ochotniczka Księdza Bosko, tak konkretnie żyję salezjańskością? Jak przekładam duchowość Księdza Bosko na życie codzienne w moim otoczeniu?

Mogę opowiedzieć, jak w moim miejscu pracy - jestem urzędniczką w instytucji państwowej – odnoszę się do kolegów i koleżanek, a także do użytkowników miejskich.

To już 35 lat, jak pracuję w tym samym biurze. Zawsze lubiłam budować braterskie relacje, tak z kolegami różnych szczebli jak i z kierownictwem. Relacje oparte na szczerości, uczciwości, przyzwoitości, aż do rodzinności tak, jak według mnie chciał ks. Bosko. Niezależnie od roli, jaką każdy pełni, buduje się klimat rodzinny, w którym nie istnieje to sztywne, hierarchiczne oddzielenie, lecz tworzy się klimat sprzyjający braterskim przyjaźniom, rozmowom, pewnej zdrowej poufałości, żartom, współuczestnictwie…

Przyjemnie jest dostrzegać, jak środowisko pracy przekształca się w rodzinę. Każdemu chce się „iść do pracy”, ponieważ tam znajduje przyjaciół, albo jeszcze lepiej, braci. Znajduje rodzinę, w której przecież często spędza większą część dnia. Piękne jest i ciągle mnie to zaskakuje jak w wielu przypadkach łatwo jest zmniejszyć napięcie, powstające nieraz z byle powodu. Wystarczy tak niewiele!

Nie jest trudno zdobyć zaufanie osób, by potem zostawić im jakąś pozytywną myśl. Przypomina mi się taka drobna rzecz: lubiłam wchodzić do pokoju, gdzie pracowali inni koledzy z pięknym uśmiechem i z pozdrowieniem: „Bonjour a tout le monde!!!”. No i, nie minęło wiele czasu, a ten sposób przywitania się zyskał sobie wielu innych zwolenników! Wiele osób wchodziło do pokoju kolegów pozdrawiając ich w ten sposób. Każde spotkanie zaczynało się od pięknego uśmiechu tak, że następująca po nim konwersacja szybko wchodziła na pozytywne ścieżki.

Mogą też być różne inne sposoby rozpoczęcia dnia: standardem jest pozdrowienie połączone z wyrażeniem niezadowolenia, że oto rozpoczyna się ten nowy „przeklęty” dzień pracy; ale można też zacząć dzień na wesoło oddramatyzowując jakąś kwestię, albo opowiadając coś śmiesznego, zabawnego, życząc wszystkim „dobrego dnia”, obiecując sobie wzajemną pomoc w związku z jakimś problemem w biurze, przynosząc jakieś ciasteczko przygotowane naprędce wcześnie rano, przypominając, że tego dnia dany kolega ma swoje urodziny…

Jeśli jesteśmy przekonane i okazujemy to, że praca nie jest przekleństwem, lecz przeciwnie błogosławieństwem Bożym, że pięknie jest w codziennej pracy współpracować z Bogiem dla dobra bliźnich, że jesteśmy zadowolone ze spotkania bliźnich w miejscu pracy, ci „inni” będą zarażeni zarówno tą pogodą ducha, jak i ufnością, którą nosimy w sercu, tak w mierzeniu się z trudnościami życia jak i w relacjach z nimi.

Mogłam dostrzec, że osoby – które cię uważnie obserwują – w pewnym momencie się otwierają i chcą posłuchać twego zdania, twojej rady w sprawach osobistych, poważnych i głębokich.

Widziałam, że niektórzy potrafią zaakceptować, że są po bratersku i z życzliwością upominani, nawet przy pomocy „klapsa”, ponieważ rozumieją uczucie jakie dla nich masz. Dam przykład: kolega, który rzadko chodzi do kościoła, używa przekleństw, raczej jako przerywniki niż ze złości; kiedyś po tym jak się troszkę ubawiłam w jego towarzystwie, wzięłam go na stronę i zamykając za sobą drzwi, poprosiłam go o dużą przysługę: ”W czym mogę Ci pomóc?” a ja: „Proszę cię, żebyś nie przeklinał”. Został zaskoczony i zmieszał się, ale na koniec podziękował mi obejmując ramieniem. Nie słyszałam nigdy więcej, żeby ktoś przeklinał w moim towarzystwie, ani nawet wulgarnych słów, a jeśli komuś wyskoczy nieodpowiednie słówko, zaraz przeprasza.

Słynne „słówko na ucho” ciągle pozostaje kartą zwycięską…!

Inny kolega, prosty robotnik, który zawsze pracował za czterech, by zarobić na rodzinę, popisywał się swoim oddaleniem od Kościoła, niechęcią do księży, sprzeciwiał się wszystkiemu, co uważał za „religijne”. Ale zdarzyło się, że gdy jak zwykle rozmawialiśmy żartując i bawiąc się, dyskusja zeszła na temat Wiary, Boga, na temat życia i śmierci, na temat Jezusa Chrystusa. I tu, ciekawie było popatrzeć, jak ten człowiek z własnej inicjatywy doszedł do wyznania swojej Wiary: prostej, zwyczajnej, ludowej, która rano i wieczorem kazała mu czynić znak Krzyża! Ponieważ on wierzył w Boga i w Jezusa Chrystusa! Teraz ten kolega jest już na emeryturze, ale często wpada do biura, by „fanatycznie” pokazywać zdjęcia swoich wnuczek, które są nagrodą za jego ciężką pracę i zaangażowanie na rzecz rodziny.

Kolejny kolega, przeciwnik kleru, pół serio pół żartem chciał na mnie zrobić wrażenie grożąc mi, że będzie przeklinał. Był zmieszany i pogratulował mi, gdy odpowiedziałam: „To strata tylko dla Ciebie!”

Robi na mnie wrażenie, gdy obserwuję jak bardzo ludzie potrzebują kogoś, kto nada ton, da bodziec do wyjazdu, stworzy okazję, by mogli wyrazić dobroć serca, wyzwolić z siebie całą wspaniałomyślność na jaką ich stać. Opowiem inny fakt. Parę lat temu, przypadkiem (choć wiemy, że nic nie dzieje się przypadkiem), byłam przy rozmowie dwóch koleżanek wówczas, gdy jedna prosiła drugą, by nauczyła ją wyszywać haftem krzyżykowym, tak w czasie przerwy. Po moim włączeniu się, rozmowa się nieco wydłużyła aż do punktu, w którym zadałyśmy sobie pytanie, czy nie byłoby fajnie popracować nad tym tak, by potem sprzedawać te nasze „kobiece robótki” na cele dobroczynne.

I tak, krok za krokiem, pomysł się spodobał i z niczego powstało prawdziwe „Laboratorium Mamy Małgorzaty”, które zaraziło tak mężczyzn, jak i kobiety. Wypłynęły talenty dotąd ukryte, i to nie tylko te hafciarskie i krawieckie. Każda puściła wodze fantazji wykorzystała posiadane umiejętności. Na jedną niedzielę w miesiącu Administracja wynajęła nam stoisko na miejskim Ryneczku Rzemieślniczym, a koledzy na zmianę stawali za ladą i sprzedawali.

Przygotowaliśmy recitale sceniczne, całkowicie własnego pomysłu, począwszy od reżyserii, kostiumów, scenografii po finansowanie. Zostały odkryte skrywane talenty aktorskie i wokalne. Koledzy włączyli w to własne rodziny, zwrócili się z zaproszeniem do własnych „przyjaciół, jeśli tylko nie…”

Dwa razy w roku robimy „Loterię ciast”, w której nagrodami są ciasta upieczone przez koleżanki.

Wyzwolił się wielki ruch „chęci zrobienia czegoś dla innych”. Powstała gablotka, na której regularnie pojawiają się informacje o przychodach i ich rozchodowaniu na rzecz różnych organizacji dobroczynnych, solidarnościowych i miłosierdzia.

Wszyscy uczestnicy odczuli jak bardzo wzmocniły się więzi między nami, jak poprawiły się relacje, stały się bardziej braterskie, bardziej szczere, między nami jest więcej solidarności, przyjaźni, zrozumienia. Miejsce pracy przekształciło się w rodzinę, gdzie można poczuć się jaku siebie w domu.

Radości i kłopoty każdego są dzielone między innych, lecz bez zabierania możliwości zachowania czegoś dla siebie, do czego przecież każdy z nas ma zawsze prawo.

Jakiś czas temu wzięła ślub jedna z naszych koleżanek, która od lat żyła już ze swoim mężem i w międzyczasie mieli dwie dziewczynki. Było mi przyjemnie towarzyszyć im w procesie wzrostu chrześcijańskiego, widzieć, jak ona i jej mąż dojrzewają do wyboru chrześcijańskiego małżeństwa. Przychodziła do nas opowiadać, jak idą przygotowania, a byli prowadzeni przez jakiegoś księdza misjonarza. Pozwoliła nam zobaczyć, prosząc także o radę, przygotowania do wesela. Do dekoracji włączyła rysunek swojej córki: dialog między mamą i tatą w strojach ślubnych, z wypowiedziami w chmurkach: Mama pyta taty: „A więc, kochasz mnie?”, a tata odpowiada: „Oczywiście, że cię kocham!”, i mama: „Wobec tego pobierzmy się!”. Znając małżonków i dzieci, przed tym obrazkiem wszystkie płakałyśmy…!

Również pewne fakty bolesne służą cementowaniu braterstwa i są okazją do przesłania chrześcijańskiej nadziei. Zdarzyło się, że 16 - letnia córka mojej koleżanki popełniła samobójstwo. Było to dla tej koleżanki straszne przeżycie, tym bardziej że miała za sobą bolesne doświadczenie z mężem, którego zostawiła i z drugą córką, która rok temu przeszła próbę samobójczą.

Nie była to zwykła zimna zbiórka pieniędzy na pogrzebową wiązankę kwiatów. Ona sam poprosiła, by jedną część tych pieniędzy dać na cele dobroczynne a za drugą zamówić Mszę św. za duszę córki.

Okazane serce, tak jak uczy ks. Bosko, ma zawsze błogosławiony wpływ na osoby.

Chcę jeszcze opowiedzieć o jednej swojej koleżance, mającej wielki żal do swojej matki, która zostawiła ją w dzieciństwie. Często opowiadała mi o cierpieniu, jakie nosiła w sercu, a ja zachęcałam ją do przebaczenia. Krok po kroku, dzięki działaniu Ducha Świętego, pojednała się ze swoją matką i teraz żyje pogodnie ciesząc się na dodatek darem wnuczki.

Inna koleżanka lubi mnie informować o swojej drodze życia duchowego, prosi o wyjaśnienie niektórych kwestii związanych z wiarą i z Pismem świętym, opowiada mi o swoim mężu, dzieciach i o wielu problemach, z którymi musi się mierzyć w życiu małżeńskim.

Po wielu latach takiej służby mogłabym może i napisać książkę, w której opowiedziałabym o wielu takich rzeczach. Wszystko rozwijało się nie z mojej własnej woli, to znaczy bez zaplanowania tego. Wiele rzeczy wydarzyło się tylko dlatego, że pamiętałam o naukach otrzymanych w oratorium, naukach płynących nie tyle z kazań, co raczej z przykładów życia, mając zawsze na uwadze cel, jakim jest miłość Jezusa i Maryi, a za wzór - Księdza Bosko.

Mogłabym opowiedzieć jeszcze fakty, które miały miejsce w mojej rodzinie, ale na dziś, zatrzymam się tutaj…!

Być może, z tego co opowiedziałam dało się zrozumieć, że nie lubię prawić „kazań”, nawet nie potrafiłabym tego robić. Według mnie liczą się fakty. To znaczy przykład, jaki dajemy, liczy się to, co myślimy na różne tematy, liczy się – jak u ks. Bosko – by żyć obok innych w postawie służby, sprawiać, by z nich samych wypływało pragnienie poznania Pana i zbliżenia się do Niego. Również do siebie możemy skierować radę, jaką Maryja dała Jankowi Bosko w śnie z 9 roku: „Wzrastaj pokorny, silny i wytrwały”, by pełnić misję, jakiej wymaga nasze powołanie by przemieniać świat od wewnątrz na sposób zaczynu. W pokorze i dyskrecji, ale z mocą płynącą z pragnienia, by wszyscy zbliżyli się do Pana.

Silvia S.

Wypowiedź Sylwii miała miejsce na spotkaniu VDB w lipcu 2012 r. w Asyżu, podczas słówka wieczornego.

Image