Zrobiło mi się wstyd

Wróciłam z pracy koło czwartej po południu i czułam się bardzo zmęczona. Miałam jeszcze uczestniczyć we Mszy św., więc wkrótce skierowałam się do kościoła. Zdecydowałam, że nie pojadę autobusem tylko pójdę na pieszo, ponieważ cały dzień pracowałam siedząc przy komputerze i miałam potrzebę trochę się poruszać. Do kościoła idę w kierunku centrum miasta jakieś dwa kilometry. Byłam już w połowie drogi, kiedy poczułam, że coraz mocniej bolą mnie nogi. Nie wzięłam tych najwygodniejszych butów i dlatego ból się nasilał. Mimo to zdecydowałam, że dalej będę iść pieszo, muszę przecież złożyć coś Panu w ofierze.

Gdy doszłam do kościoła, zaraz zajęłam miejsce w ławce wdzięczna Bogu, że mogłam dojść. Wychodząc z kościoła zdecydowałam, że pojadę tramwajem, ale nawet przystanek oddalony o dziesięć metrów od kościoła wydawał mi się daleki. Gdy doszłam do przystanku zauważyłam starszą elegancką kobietę, która podpierała się dwoma laskami i nie była w stanie zrobić jednego kroku. Na jej twarzy malowało się cierpienie. Po swoim poprzednim doświadczeniu nie miałam najmniejszej ochoty wchodzenia w jej problem; chciałam tylko jak najprędzej znaleźć się w domu, wyciągnąć nogi na fotelu i odpocząć. Obejrzałam się wokół i zauważyłam, że inni przechodnie też się śpieszyli. Zrobiło mi się wstyd i powiedziałam sobie: „Nie mogę jej tak zostawić”. Podeszłam do niej i zaczęłam z nią rozmawiać. Mieszkała z mężem niedaleko stąd. Gdy wychodziła z domu, by zrobić jakieś zakupy, wszystko było dobrze, jednak niespodziewanie chwyciły ją tak silne bóle, że nie mogła zrobić jednego kroku. Pragnęła wrócić do domu, gdzie już by jej pomógł mąż.

Zdecydowałam, że jej pomogę, ale jak? Nawet, jeśli jej dom był niedaleko, jak mogłam tam z nią  dojść? Nie była w stanie pójść nawet gdybym ją prowadziła. Wezwać karetkę nie byłoby łatwo, trzeba by było jakiś czas poczekać, no i karetka niechybnie zabrałaby ją do szpitala... Pomyślałam, że wezwę taxi. Próbuję jedną, drugą... na nic: nie godzili się, by ją przewieźć, bo czuła się źle i nie chcieli brać odpowiedzialności. Przy trzecim taksówkarzu, jak tylko odmówił, podniosłam głos, a jak tylko usłyszał, że zapłacę podwójnie, zgodził się. Po dziesięciu minutach mogłyśmy wreszcie wsiąść do taksówki a po następnych pięciu dotarłyśmy do jej domu. Powierzyłam ją mężowi i wyszłam. Na ulicy poczułam wielki pokój i  radość. Nie wiem dlaczego ale nie czułam już bólu w stopach i z wdzięcznością mogłam pokonać przeszło dwa kilometry do domu, wychwalając w sercu Boga za to, że do Niego należę.

Olga