Świadectwo z Argentyny

Moja mama zostawiła mi w spadku dość duże pole, gdzie od dziecka miałam wiele radości szczególnie podczas wakacji. Jednak nigdy nie myślałam, żeby się nim zajmować, nie jestem do tego przygotowana. Mój zamiar był taki, że jak już mamy braknie, podaruję to pole salezjanom, aby poprowadzili tam szkołę agrotechniczną dla biednych chłopców, dzieci rolników i by tak przygotowywali ich do przyszłości. Dzieci te nie mają takich samych możliwości jak dzieci z miasta, bardzo często emigrują aby się uczyć lub znaleźć jakąś pracę, lecz niestety powiększają tylko dzielnice najbiedniejszych, żyjących tam z konieczności i sfrustrowani kończą jako narkomani, przestępcy, prostytutki. Byłam bardzo zaskoczona, gdy salezjanie odpowiedzieli mi, że nie mogą przyjąć darowizny z takim celem, ponieważ jest ich niewielu i nie są w stanie prowadzić nowego dzieła. Moje plany musiały przejść na inne tory. Pomyślałam, że w tej sytuacji muszę oddać tę ziemię w administrację jakiejś fundacji i tak zrealizować moje pragnienie oddania dóbr materialnych dla braci rolników. Sądziłam, że - wobec świadomości moich ograniczeń - taka decyzja będzie odpowiedzialna a przede wszystkim szlachetna. Jednakże pewien posłaniec od Boga, jak Gabriel dał mi do zrozumienia, że dużo łatwiej jest dać coś niż siebie, ogołocić się materialnie niż ogołocić samego siebie, znacznie trudniej jest dać życie nawet w pełnym poczuciu swojego ubóstwa i niedostatku aby naprawdę być narzędziem w ręku Boga. Zdałam sobie sprawę, że nasze marzenia, jeśli nie zgadzają się z planem Bożym mogą być tylko iluzją, kaprysem. Wobec tego wyzwania moje serce i mój umysł kontynuował poszukiwania, ale już miałam jasną świadomość, że to ja sama muszę zająć się administracją gospodarstwa i nowej Fundacji. Wraz z grupą innych osób, którzy jak ja mieli pragnienie dać młodym nadzieję, dałam początek Fundacji pomocy rodzinie rolniczej, szczególnie dzieciom i młodzieży, zgodnie z charyzmatem Księdza Bosko. Celami są: pomoc w nauce szkolnej, specjalizacja i unowocześnianie pracy na wsi. Patronką Fundacji jest Maryja Wspomożycielka, która w Argentynie jest patronką pól. Osobiście wobec tego wyzwania czuję ogromną radość. W wieku 61 lat Pan, nie patrząc na moje słabości, na moje ubóstwo na nowo powołuje mnie do służby tym moim braciom tak jak tego pragnęłam w mojej młodości. Oznacza to jednak, że w moim życiu muszę zrobić zwrot, wejść w ich buty, w ich zwyczaje i sposób życia. Kiedy zaczęłam, myślałam że mam do wniesienia wiele rzeczy i zajmowałam się ludźmi z fundacji, by organizować dla nich kursy specjalistyczne. Ale znowu się pomyliłam: najpierw powinnam była chodzić razem z nimi, nie narzucać, a raczej pobudzać aby sami odkrywali znaczenie edukacji, przygotowania i razem domagać się realizacji ich praw, spełniać je i uczyć.

Ileż się od nich uczę!

Prostota, pogoda ducha, pełne zaufanie do Boga! Oni powierzają się Jemu i od Niego oczekują zbawienia. Ich ubóstwo jest ubóstwem z błogosławieństw, jest to ubóstwo pełne godności, nie mają udziału w politycznym kumoterstwie. To cudownie widzieć jak Maryja jest mamą, która jest w każdej rodzinie i w każdym sercu. Solidarność jest bardzo duża, ponieważ czują się braćmi, dziećmi jednego Boga; dlatego dla nich formowanie wspólnoty jest czymś prawie naturalnym i każdy może czymś służyć innym. Dzieci i młodzież mają dużo chęci do nauki i chętnie każdego dnia uczęszczają na kursy wspomagające naukę szkolną. Wobec tego pytam siebie: Kto ewangelizuje? Oni czy my? My możemy tylko dać im możliwość lepszego przygotowania się, aby mogli dalej tu pracować i nie musieli emigrować do miast.

Maria Obdulia