Klaudia Sini (1975 – 2011)

Klaudia rodzi się w Turynie, w dobrej chrześcijańskiej rodzinie pochodzącej z Sardynii. Całe swoje życie przeżywa w środowisku salezjańskim, oratoryjnym. Ukończyła studia medyczne na Uniwersytecie w Turynie i po zrobieniu specjalizacji z anestezjologii rozpoczęła pracę w szpitalu w Rivoli (prowincja Turyn).

Po okresie pogodnego poszukiwania drogi powołania rozpoczyna drogę VDB; pierwsze śluby złożyła w roku 2005. W roku swojej śmierci miała złożyć śluby wieczyste. Powołanie VDB przeżywa w pełni i radośnie, zarówno w rodzinie, jak i w oratorium, w pracy i podczas swojej choroby.

Była zaangażowaną oratorianką a potem animatorką; marzyła o pracy na misjach, na „ziemi misyjnej”: „Często myślałam o tym dniu, niezbyt odległym, w którym „wyjadę”.  Szczerze mówiąc właśnie dlatego podjęłam studia medyczne. Marzyłam o dalekich podróżach, o wielkich przygodach w odległych stronach i o tym, by wiele z siebie dać, jakiemuś ogólnemu „bliźniemu”, którego nie potrafiłam sobie wyobrazić.

Tymczasem jest inaczej: poproszono mnie o wyjazd, inicjatywa nie wyszła ode mnie. Czy tym razem powołanie Boże jest inne? Nie wiem jak sprawy się potoczą. Bardzo bym chciała spotykać osoby: nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Zobaczyć, jak żyją, jak pracują i jak sobie radzą, jak żyją w rodzinie. Wyjeżdżam z zamiarem powrotu, by przywieźć tu, do domu, do „mojej misji” wszystko to, co zobaczę, usłyszę i czego nauczę się w Afryce. Czy potem będą następne powołania, nie wiem. Na dziś moje powołanie jest tutaj, ale chcę je skonfrontować, otwierając się na możliwie jak najszersze horyzonty.”

5 maja 2008 r. wykryto u niej chłoniaka. To było jej Getsemani. Nie wyjeżdża ale decyduje odebrać krzyż misyjny podczas błogosławieństwa misjonarzy w Bazylice Maryi Wspomożycielki i rozpocząć swoje doświadczenie misyjne na oddziale szpitalnym podczas chemioterapii. Zawsze dyspozycyjna, uśmiechnięta, pełna nadziei.

W 2009 pisze na swoim blogu: „Jestem Claudia, mam 35 lat, jestem lekarzem anestezjologiem. Mam chłoniaka Hodgkin. To jest moja historia. Albo raczej kawałeczek mojej historii. Do odczytania, bo trzeba zacząć od początku…ponieważ opowiem ją po kolei, spokojnie. Ponieważ chłoniak jest tylko częścią mojego życia, wszystko inne przeżywam normalnie.”

Jako lekarz orientuje się w przebiegu swojej choroby, ale komunikuje wszystkim swoją młodzieńczą i radosną wolę wyzdrowienia. Wszystkich uspakaja, mówi o swojej chorobie jak o misji.

Pisze:

Od samego początku przeżywałam swoją chorobę jako misję, powołanie. W przypadku wszystkich prawdziwych Bożych powołań wiele rzeczy można odczytać  dopiero po czasie; gdy mówisz swoje pierwsze „tak”, naprawdę nie wiesz, co przyjmujesz, ale mimo to przyjmujesz, zawierzasz. Tak jest wobec każdej zmiany programu, wobec małych i wielkich cierpień, którym idziesz naprzeciw, tym bardziej wobec całej terapii, a właściwie wobec całej choroby. A jeśli choroba jest niepewna, można ją pokonać tylko przez drastyczną i trudną terapię. Zdarzają się komplikacje, nawroty choroby. Staje się również wobec rzeczy pięknych, są to bliscy przyjaciele i wiele małych codziennych radości, które stają się coraz ważniejsze. W tych latach nauczyłam się przede wszystkim zachowywać cierpliwość. Potem, by być coraz bardziej dyspozycyjną na „zmiany programu”, również nagłe. I gdy krok za krokiem przybywało terapii, a ciało było coraz bardziej cierpiące odkryłam, że moja największa siła nie leży w tym, by to wytrzymać zaciskając zęby, gdy już sama nie daję rady, ona leży w tym, by umieć powierzyć się Bogu, ale też umieć poprosić o pomoc innych, odkładając na bok własną dumę. I nie walczyć samemu. Pisałam już, że w życiu przeszłam z etapu trzymania w ręku życia innych do powierzenia własnego życia innym. Rozumiałam to w sensie dosłownym. Moje życie teraz zależy od innych. Już wielokrotnie miałam potrzebę transfuzji czerwonych krwinek i płytek krwi. Za każdym razem dziękowałam i modliłam się w ciszy za tych dawców, którzy bez rozgłosu i bez ujawniania się, po prostu poszli oddać swoją krew, plazmę, płytki. Gdy pracowałam, wiele razy zwracałam się z prośbą do odwiedzających o dar krwi dla pacjentów ciężko chorych, po wypadkach, wylewach… Teraz moja kolej, by dostawać. A dziś przyszła wiadomość, że wreszcie znaleziono Dawcę szpiku. Dawcę, dzięki któremu będzie możliwy przeszczep, który jest na dziś jedynym możliwym  do całkowitego wyleczenia. Dawcą jest osoba, która przy wszystkich obawach, jednak zdecydowała się w nadziei, że jest kompatybilna ze mną. Osoba ta w  tej chwili przechodzi przeszczep szpiku, pewny i możliwie najbardziej komfortowy, jednak absorbujący i będzie z siebie dumna, ponieważ robi wszystko, by uratować jakieś życie. Nie wiem, czy jest wierząca, ale myślę, że jej bezinteresowny dar nie może nie podobać się Bogu. Myślę też, że w tym momencie Bóg jest z niej bardzo zadowolony. Jeśli chodzi o mnie, to moje pierwsze „tak” na chorobę stało się studnią, z której czerpię ciągle nowe dary. Właśnie dzięki temu pierwszemu „tak” ciągle się uczę. Uczę się cierpliwości, uczę się dyspozycyjności na zmiany, uczę się znosić cierpienie, uczę się dzielić z innymi radości i bóle, uczę się otrzymywać. Dziś uczyłam się wdzięczności. Czego nauczę się jutro?
Świadectwo jej koleżanki z pracy:

„Mieliśmy szczęście dzielić z Klaudią tak bardzo ważny zawód, który ona traktowała jako misję. Jej wrażliwość i zrozumienie dla cierpienia sprawiało, że się traktowało pacjentów po ludzku, cierpliwie i łagodnie, te same cechy, które charakteryzowały jej sposób traktowania nas.

Poza wielką pustką po stracie takiego Lekarza i wyjątkowej przyjaciółki, Klaudia pozostawia nam wspaniały przykład siły, wiary, szlachetności, zrozumienia i miłości wobec innych.

Tak w swoim życiu jak i w swojej pracy, nauczyła nas nie zostawiać niczego na boku i patrzeć zawsze na wszystkie, nawet małe otaczające nas sprawy.

Jej konsekracja VDB realizuje się w całym krótkim życiu, oddanym całkowicie Bogu, w zaangażowaniu, by jak ks. Bosko, z chrześcijańskim oddaniem szukać śladów dobra, które choć zakryte, zawsze krzyżują się w ludzkiej historii i w życiu każdego.

Klaudia ukierunkowuje swoje życie, radosne i szczere, w służbie Instytutowi, w sposób szczególny oddając do dyspozycji swoje dary… ale również w przyjmowaniu z wdzięcznością uwag. Potwierdza to jej Odpowiedzialna lokalna: „Mam szczęście! To był ulubiony zwrot (lub przerywnik), który Klaudia często powtarzała. W czasie jej pierwszej formacji (2004 -2005) przyzwyczaiłyśmy się pytać: <a dziś, z jakiego powodu jesteś szczęśliwa?> Kiedyś zatrzymała się swoim rozwalonym (tego przymiotnika używała) małym samochodem i na to pytanie odpowiedziała: mam szczęście, bo mam brata, który przyszedł mi z pomocą i mogłam tu przyjechać.

Po bardzo ciężkim dniu, gdy właściwie nie wydarzyło się  nic dobrego, na nasze pytanie odpowiedziała: jestem szczęśliwa, ponieważ tego wieczoru jestem tutaj i mogłyśmy wybrać coś, co zjemy razem!!!

Podczas jednego z ostatnich spotkań  (kwiecień 2011), poza innymi rzeczami powiedziałam jej coś takiego: Trzeba mieć więcej odwagi, by opowiadać o własnej chorobie niż nią żyć, ja bym nigdy nie potrafiła. Z wielkim spokojem odpowiedziała: Pamiętasz jak podczas naszych pierwszych spotkań formacyjnych wymienialiśmy wszystkie nasze mocne strony (zalety, możliwości, talenty) i wszystkie słabe strony (wady, ograniczenia, …). Moim ograniczeniem był protagonizm; chciałam być lekarzem, ponieważ to ja miałam decydować o znieczulaniu, chciałam grać, bo wówczas ja nadawałam ton i kierowałam śpiewem, i dzięki temu ograniczeniu potrafiłam - zarówno jako lekarz, jak i kobieta wiary – sama poddać się tym  wszystkim, którzy chcieli mojego dobra podczas całej tej długiej choroby!

Klaudia potrafiła dobrze wykorzystać swoje ograniczenie i uczyniła z niego swoje bogactwo!”

Podczas choroby ustawicznie się odnawia, zachowuje pogodną świadomość przebiegu swojej choroby, zawsze z nadzieją i chęcią życia…

A ze swoją Odpowiedzialna regionalną, podczas trudnego okresu ostatniego „przeszczepu szpiku od Dawcy”, rozmawia na temat swoich ślubów wieczystych: „Jeśli będę się dobrze czuła, w grudniu będzie święto na Valdocco w miejscach Pierwszych Sióstr VDB. Czyż to nie będzie wspaniałe? Moje święto też się liczy, nigdy nie przestałam śpiewać, nawet jeśli niektóre psalmy są smutne. Bóg mnie kocha i kiedyś w przyszłości dowiem się czemu służyło to wszystko, co mnie spotkało”.

Na koniec, w dniu swojej śmierci, która zabrała ją w dniu jej urodzin!

„Chciałabym aby mój pogrzeb był świętem, spotkaniem przyjaciół. To ostatni raz jak będę mogła być obecna „fizycznie” z moją wspólnotą, którą bardzo kocham i która mi tyle dała. Chciałabym, aby to było święto takie jak Msza w niedzielę, jak Wigilia Paschalna.”.

W jej komputerze znalazłyśmy śpiewy i czytania mszalne z tego jej święta, te same, jakie  przewiduje liturgia ślubów VDB we Mszy św., podczas której ona miała składać śluby wieczyste.

Na trumnie było 36 róż, tyle ile przeżyła lat. Trzydzieści sześć, by podkreślić, że każdy rok, każdy dzień jej życia był pieśnią chwały na cześć Boga.

W grudniu 2011, na Valdocco, podczas dnia naszych ślubów VDB, po Komunii św. śpiew: „Wiem, że jesteś tu”, czyni nam ją bliską, wraz z jej drogimi Rodzicami, prawie ją słyszymy śpiewającą i grającą na gitarze pośród nas.

Klaudia zostawia w naszym życiu głęboki ślad, pośród nas którzy ją kochaliśmy i towarzyszyliśmy podczas długiej wędrówki na Kalwarię i widzieliśmy wychodzącą naprzeciw swojemu Panu: to cenne wspomnienie, z całą jego delikatnością, chcemy zachować!

Dziękujemy Panu, że nam ją dał, z jej życiem, z jej odwagą, z jej cierpliwością i z jej młodym szczęśliwym życiem VDB.

Chcemy pamiętać o Tobie, Klaudio, i powtarzać Ci, jak byłaś dla nas ważna… i… by mówić Ci: Do zobaczenia!

Ortensia – Torino, 

Crescere, nr 4/2012, str. 24 - 27