Relacja z dni duchowości salezjańskiej w Turynie

18-22 stycznia 2018

W styczniu (a dokładnie od 18-22.01.2018) dane mi było uczestniczyć w Dniach Duchowości Rodziny Salezjańskiej na Valdocco. Wielu oceniało tę decyzję jako szaloną, dla mnie jednak taka była wola Boga.

Wyruszyłam z domu rano z nadzieją, że popołudnie spędzę już na Valdocco. Tak się jednak nie stało. Jeszcze zanim zdążyłam się rozejrzeć na lotnisku gdzie iść okazało się, że mój samolot nie przyleci na czas, wręcz wylecę z conajmniej 5h opóźnieniem. W głowie tysiąc pytań co robić, a w sercu nieludzki pokój. Ten sam który mi towarzyszył od kilku miesięcy, kiedy zapadła decyzja, że jadę. Pokój, który sprawiał że ani w myśli ani w sercu nie pojawiała się żadna troska o to jak dotrę, gdzie będę spać, co będę jeść. Nie potrzebowałam niczego skrupulatnie przygotowywać wiedząc, że nie jadę tam sama – to On, Jezus zabiera mnie tam, do domu, na zjazd rodzinny więc niczego mi nie zabraknie, On o wszystko się zatroszczy. Odpowiedź na pytanie co robić była prosta – odprawić się i czekać trwając w Jego obecności. Tak też zrobiłam, ciesząc się pokojem w sercu. Na godzinę przed odlotem Pan jednak postanowił poddać mnie próbie. Zabrał pokój który był moim nieodłącznym towarzyszem od kilku miesięcy i wtedy myśli zaczęły wątpić – a może to nie Jego wola, a może to opóźnienie jest znakiem ostrzegawczym że nie mam tam lecieć. Nie wiedziałam co robić i przypomniałam sobie, że jeśli nie wiem co jest wolą Boga to mogę ją odnaleźć w Konstytucjach, a one mówią wyraźnie, że mam odczytywać Jego wolę w rozmowie z odpowiedzialną i tak też zrobiłam. Zadzwoniłam do odpowiedzialnej aby rozeznać co robić. Nie miałam obaw o to że dotrę późno na miejsce, być może nie będę miała gdzie spać, miałam obawę o to czy jest Jego wolą by tam dotrzeć. Umocniona w rozmowie zrozumiałam, że te wątpliwości są próbą wierności, wytrwałości w podjętej wcześniej decyzji. Powiedziałam więc „Jezu ufam Tobie” i poleciałam do Włoch. Gdy już znalazłam się na pokładzie samolotu pokój powrócił i już od tej pory mnie nie opuszczał.

Na Valdocco dotarłam tuż przed północą w towarzystwie poznanych w Bergamo Współpracowniczek Salezjańskich z Oświęcimia. Jak się okazało dotarłyśmy do bram w ostatniej chwili, gdy jeden z braci już właśnie je zamykał. Gdybyśmy przyszły minutę później rzeczywiście musiałybyśmy pozostać na ulicy. Już w tym momencie zrozumiałam, że jestem w DOMU, ale jeszcze nie umiałam w to do końca uwierzyć. Choć była już noc bracia zatroszczyli się o nas z największą troską i czułością.

Kiedy następnego dnia dowiedziałam się, że od tej pory będę mieszkać u Matki Małgorzaty coraz mocniej docierało do mnie, że jestem w domu, że jestem częścią tej niesamowitej rodziny – Rodziny Salezjańskiej. Nie znam jej dobrze, nie wzrastałam nigdy u boku salezjanów, tak na prawdę dopiero kiedy Jezus pokazał mi VDB zaczęła się moja salezjańska przygoda. Czasem rozumiem to tak jakbym była „synową”, która w rodzinę tę została przyjęta jak córka, ale jednak wchodzi ze swoimi tradycjami, nawykami, przyzwyczajeniami i brakami rodzinnymi i uczy się tej nowej rzeczywistości.

Rozpoczęły się konferencje, wokół ogromna ilość radosnych, pełnych życzliwości ludzi. Od czasu do czasu pełne troski spojrzenia tych, którzy troszczyli się szczególniej ze względu na nocną przygodę. I wreszcie ten moment najważniejszy, moment spotkania ze Wspomożycielką. Wejściu do Bazyliki towarzyszyło niezwykłe uczucie bycia zaproszonym, bycia wyczekiwanym przez Mateczkę, bycia w domu „jak u mamy”. I ten czas, kiedy mogłam przytulić się do Księdza Bosko i zrozumieć, że on też tam jest pośród nas. Od tej chwili Ich obecność pośród swej rodziny była dla mnie naturalną oczywistością.

Spotkania, rozmowy, wspólne posiłki i konferencje, którym nie przeszkadzało to jakim językiem się posługujemy, skąd pochodzimy, kim jesteśmy były dowodem, że pragnienie Jezusa „abyście byli jedno” jest możliwe właśnie tu, właśnie w rodzinie salezjańskiej. Wróciłam do domu z ogromnym marzeniem, aby ta jedność i ta rodzinność mogły stać się udziałem wszystkich, których spotykam na mojej drodze, szczególnie tych młodych serc do których Pan mnie posyła. I z jednej strony w sercu pracowały słowa konferencji o tym jak towarzyszyć młodym a z drugiej żywy przykład, który mogłam doświadczyć na własnej skórze stał się lekcją do tego jak te wysłuchane treści wprowadzić w życie tam „gdzie Bóg mnie zasadził”. Boże spraw, aby to dobro które zasadziłeś we mnie na Valdocco rozkwitło. Amen.